Menu Shop-online
2 lipca 2018 r. TEKST: Mateusz Tryjanowski

Solaro – garnitur na miarę lata

Nie każdy garnitur musi być uniwersalny.

Choć zgadzam się z tym twierdzeniem, nie od razu obrałem taki tok myślenia planując letni garnitur. Pomysłów i planów było kilka – niektóre trzeba było odpuścić ze względu na brak idealnej tkaniny, inne wydawały się zwyczajnie nudne. Zresztą pracując z garniturami na co dzień chciałoby się mieć coś ekstra, coś ciekawszego niż “najbardziej wszechstronne” i “absolutnie najbardziej uniwersalne” propozycje.

 

W takiej sytuacji pojawia się ochota na coś bardziej nietypowego, coś co się będzie wyróżniać, coś co nie będzie przypominało typowego wyboru na garnitur. Najlepiej, żeby było mocne – jednym słowem, tzw. “statement suit”. Garnitur, który powie: nie jestem nudny. Znam się na rzeczy. Nie chciałem jednak szyć po prostu czegoś w nietypowym kolorze, czegoś w bardzo mocną kratę albo szeroki prążek. Potrzebna była raczej tkanina z ugruntowaną pozycją w świecie męskich ubrań, wyróżniająca się, wyjątkowa. A przy tym – kojarząca się jednoznacznie ze słońcem i latem. Oczywiście najlepiej we włoskim wydaniu.

Jednym z pomysłów było uszycie garnituru z tkaniny, która była od dobrych paru lat moim marzeniem, wciąż niespełnionym. Uznałem jednak, że nie ma co dłużej czekać i faworyzować bardziej logiczne i racjonalne wybory… Decyzja zapadła: czas na solaro! Postawiłem konkretnie na lżejszą niż brytyjski oryginał propozycję od włoskiej tkalni Drago, w klasycznym odcieniu beżu/oliwki/czerwonego, tkaną w jodełkę.

No dobrze, ale co to właściwie jest to solaro? To tkanina, której wątek i osnowa są tkane z nici innego koloru, w klasycznej wersji beżu oraz czerwonego. W zamyśle miało to chronić ludzką skórę przed promieniowaniem UV, ale badania wykazały, że solaro było pod tym względem absolutnie bezużyteczne. Mimo to, tkanina przetrwała (i to już 100 lat!), głównie dzięki temu, że pięknie mieni się w słońcu różnymi kolorami.

Choć tkanina ma korzenie brytyjskie, obecnie kojarzy się głównie z Włochami – także lekka konstrukcja marynarki i detale rodem z Neapolu były jak najbardziej na miejscu. Oczywiście nawet nie rozważałem innej konstrukcji niż nasza miękka Capri (dostępna i z wieszaka, i na miarę – jak w moim przypadku), stawiając przy okazji na marszczone wszycie rękawa – jak już robić taki garnitur, to szaleć po całości! – oraz spodnie z zakładką i 5-cio centymetrowym mankietem, typowym dla mnie.

Bałem się, że odcień tkaniny może nie pasować do końca do mojej karnacji, ale wyszło moim zdaniem świetnie. Garnitur oczywiście najpiękniej wygląda w pełnym słońcu, gdzie tkanina może dosłownie rozbłysnąć i pokazać wszystkie swoje kolory. Odpowiednie otoczenie, lekko nonszalancka postawa noszącego oraz okulary przeciwsłoneczne zalecane!

Podsumowując: czy uszyłem uniwersalny garnitur, który da się ubrać na milion sposobów? Nie. Czy marynarka i spodnie nadają się do rozkompletowania? Raczej nie. Czy pasuje do wielu koszul, wielu krawatów i innych akcesoriów w mojej szafie? Nie. Czy w jakikolwiek sposób się tym martwię? Nie!

Ten garnitur przede wszystkim sprawia ogromną frajdę z noszenia i posiadania go w swojej szafie. Jest trochę kiczowaty, trochę trącący latami 80., trochę pretensjonalny, bardzo włoski i bardzo charakterystyczny. A co najważniejsze, doceniam go i lubię za każdą z tych cech!